RSS
piątek, 21 maja 2010
Same zmiany

Zewsząd słyszymy, że ta kampania nie ma już żadnego sensu. Nie tylko z powodu powodzi, że wymienię tylko jeden z powodów. Tu ten powód - zlapidaryzowany do kilkudzisięciu sekund:

 

Otóż kampania nie ma żadnego sensu, bowiem wszyscy kandydaci ogłosili, że się zmienili. Zmiany nas dezorietują. Widać bardzo wyraźny trend, bądź modę, by się zmieniać i zmiany te wszem i wobec ogłaszać. Wielu z nas zmiany wydają się absolutnie niewiarygodne, a wydarzenia niewiarygodne dzielimy na te mieszczące się nam głowach:

i niewiarygodności, których pojąć nie jesteśmy w stanie. Porzucenie przez Jarosława projektu budowy IV RP do takich bez wątpienia należy. To po prostu niepojęte. Zwłaszcza, że ludzie oczekują przecież walki, przy każdej okazji. Okazji jest tak wiele, że w jej ferworze trudno o cień uśmiechu i odpuszczenie:

Popatrzmy też na Leppera. Na niego zawsze się dobrze patrzy. Trwa przy swych sprawdzonych sposobach prowadzenia kampanii. Jeździ sobie po jarmarkach i targowiskach, jak za dawnych lat ale gdzie mu tam do tych sławnych wizyt, blokad czy zbóż wysypywań. Lepper w nowiuśkim garniturze na jarmarku nie trafi do ludzi odzianych roboczo. Lebber bez biczyska, jest Lepperem nie swoim, Lepper z jakimiś ulukrowanymi poglądami, jest po prostu emanacją salonu. Jego dzisiejsza kampania jest pozbawiona tego esencjonalnego smaku i zapachu. Lepper wygląda obco. Tymczasem jego elektorat jest przecie konserwatywny i poglądy na zmiany i demokrację ma takie, jak miał. Oto nagranie jakoś je ilustrujące, stare ale nad wyraz jare, oczywiście tytuł filmiku jest złośliwy i nieprawdziwy. Proszę bardzo:

Bronisław Komorowski też zmienia się z dnia na dzień. Nie jestem w stanie sprawdzić krążącej informacji, że ponoć postanowił przestać polować, że do odstawienia zmusili go sztabowcy i własne dzieci. Jeśli to prawda, to wielu wyborców się ucieszy, rozluźni i rozkrochmali. Strategicznie, decyzja ta wydaje się świetna i humanistycznie piękna. Odcina kandydata od aury obciachu i wizerunku gajowego. Skutki odstawienia sztucera, pożegania z bronią znamy z literatury. Pod warunkiem, że czytamy. Czytamy? To też stare, ale przecież ważne nagranie o tym jak, co, dlaczego i kiedy czytamy:

Wracając do odstawienia. Jego skutki mogą być naprawdę niespodziewane i absolutnie opłakane. Oto - mam wrażenie - kandydat, ze Schetyną i Nowakiem, świeżo po okresie abstynencji i bez treningu:

Jedynym człowiekiem, który się nie zmienia jest premier. Zwłaszcza jego sławne wilcze oczy. Gazeta Polska bardzo udatnie je przypomina, by nie powiedzieć wybula.

 

 W ogóle „Gazeta Polska” jako jedyna nie zważa na apele o zmianę. Ona się nie zmienia. Wzruszające. Dostępny jest filmik, który redakcja powinna wykorzystać.

13:13, wyborjestprosty
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Kotem w niego.

Profesor Bartoszewski wypomniał Jarosławowi samotność i znieważył mu kota. To była piękna mowa, godna człowieka któremu wolno wszystko. Nazywając kota zwierzęciem futerkowym, profesor Bartoszewski wzburzył trzymających - podobnie jak Jarosław - koty. Ogromna większość obywateli RP - bez względu na poglądy - hoduje koty z powodu ich mruczenia, a nie dla zysku, jaki daje hodowla na przykład nutrii. Każdy, kto miał do czynienia z kotem wie świetnie, że to zwierzę z punktu ekonomicznego deficytowe, żarłoczne, a na dodatek lubujące się w luksusie. Koty nie dają mleka, w naszej kulturze kotów się nie je i nie robi się z nich kożuchów. Czasem, - donoszą o tym media - z kotów produkuje się tłustą maść do smarowania pleców. Koty są szalenie odporne na próby zaprzeżenia ich do karoc, pługa, na wkładanie im butów, wysyłanie w kosmos i naukę sztuczek. Koty nie reagują na polecenia w rodzaju: waruj, wio i wiśta. Smycze i obroże są im niemiłe. Reagują za to na zabiegi dziwne:

Mieszanie kotów do kampanii wyborczej, używanie ich jako argumentu przeciw kandydatowi jest pomysłem słabiuśkim. Nazwanie człowieka utrzymującego kota hodowcą zwierząt futerkowych, jest nieprawdopodobnie śmiesznym zabiegiem ośmieszającym. Na fantastycznym poziomie żelaznego autorytetu. Jarosław, który jak wiemy zmienił się nie do poznania, Bartoszewskiemu nie odburknął. Szkoda wielka. Jarosław w formie dawnej wykorzystałby zapewne ową mowę, chlaszcząc i przygważdżając. Tu Jarosław dawny. Kocio dziki i nieokiełznany.

Przez zmianę charakteru kandydata, wojna o kota nie przejdzie niestety do specyficznej polskiej historii kampanii wyborczych. Kotem Jarosław zyskałby w boju - na moje oko - przynajmniej 10 punktów w sondażach. Nawiasem Ziobro też, się zmienił. Nie do poznania. O tym naprawdę warto porozmawiać. Popatrzcie:

Zwierzęta czasem się w polityce pojawiają. Wiadomo. Z różymi skutkami. Zwierzęciem w polityce trzeba umieć się posłużyć zgrabnie. Oto kolejna próbka zgrabności. Rzeszowska „Gazeta Wyborcza”, rok temu opisywała wizytę marszałka Komorowskiego i spotkanie z tamtejszymi studentami. Fragment najlepszy: „Dyskusja po jego wykładzie zahaczyła o równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Jedna ze studentek opowiedziała, że nie chciano jej przyjąć do straży pożarnej, dlatego tylko, że jest kobietą. Komorowski tłumaczył, że równouprawnienie jest ważne, ale trzeba pamiętać, że są zajęcia nieodpowiednie dla pań. I opowiedział, że gdy był wiceministrem obrony narodowej, pojechał do Danii. Tam chciał koniecznie zobaczyć statek marynarki, na którym służyły także kobiety. Nie mógł zrozumieć, dlaczego taka sytuacja nie budzi tam żadnych problemów. - No i w końcu mnie tam zawieźli i pokazali. Wtedy zrozumiałem. Dunki nie są najpiękniejszymi kobietami, a to były... kaszaloty - śmiał się.” Całość do przeczytania tutaj. Mogłbym wydobyć i umieścić tu kawał światowej produkcji amatorskich filmików. O brzydkich babkach, kaszalotach i kotach. Ten utwor pasuje mi jednak najbardziej. Jest szalenie lapidarny, jego pochodzenie jest mi nieznane. Nakręcił go jednak ktoś czujący politykę polską, lepiej niż profesor Bartoszewski.

14:44, wyborjestprosty
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 maja 2010
Przeklęte pianino

 

Jak wszyscy wiemy, Jarosław wygłosił orędzie do Moskali. Mówiąc, siedział w nietypowym dla orędzi polskich pomieszczeniu i wśród wyjątkowych przedmiotów. Natychmiast podjęto kilka prób – mniej lub bardziej udanych – zanalizowania tej scenografii. Kilku publicystów wzburzyły analizy i pytania o sens stawiania pianina za plecami Jarosława. Uznali, że to nie na miejscu. Innymi słowy, że ciekawość świata świadczy o zgłupieniu, niskim morale, niskim IQ i niskim poziomie analizowania. Opinia dziennikarzy, że ciekawość – jako cecha silnie plebejska – dyskwalifikuje w poważnej debacie, zwłaszcza wyborczej, jest ewenementem branżowym na skalę światową. Wrogowie ciekawości ułożyli i wdrażają podstawowe hasło tej kampanii: „Nie godzi się pytać”. Nie muszę dodawać, ile radochy mają z tego politycy od lewa do prawa. W tej kampanii – jak widać – nie tylko nie godzi się pytać, ale nie godzi się też przypominać. Przypominanie, choćby tego, co Jarosław sądził o ludziach, polityce, Polsce, Europie, przypominanie tego, jak mówił, z kim w chórze, w jakich stacjach radiowych i telewizyjnych, z kim rządził i jak, jest uznawane dziś za haniebny Atak. Oczywiście, zawsze – przezawsze – analizowanie i przypominanie, co powiedział Jarosław, było atakiem, ale dziś jest Atakiem przez „A” znacznie większe. Ponieważ teraz Jarosław mówi mało, przypomnienie czasów, gdy mówił dużo, wydaje się tym bardziej oczywistą oczywistością. Nie jest.

W kampaniach wyborczych w świecie przypominanie tego, co kandydat na prezydenta w każdej sprawie sądzi, sądził, co robił i z kim, nawet dwadzieścia lat wcześniej, jest normą. Puszcza się dawne przemówienia, cytuje polemiki i drukuje zdjęcia. Bada się zmiany, notuje ich brak. Bywały w świecie – jak wiemy – krople potu na nosie kandydata decydujące o wynikach wyborczych, a u nas pytanie o pianino przybyłe do polityki znikąd uważane jest za cios poniżej pasa, godności i sensu. Za brak kultury osobistej niemal.

A po coś pianino się przecież pojawiło. Owszem, z niejakim trudem starała się to objaśnić Elżbieta Jakubiak (ona wiele rzeczy objaśnia z trudem), mówiąc, że instrument ten symbolizuje szacunek prezesa PiS dla kultury. Powiedziała też zresztą, że Kaczyński pianina, w innych celach niż wizerunkowe, nie używa. Sadzając zatem Jarosława w antycznym anturażu, sadzający mieli cel. A jednak. To – jak się okazuje – nie byle wymysł ciekawskich prostaków bez kultury i wrażliwości. Dlatego też pytania o pianino, lampki, abażury, dzbanuszek, filiżankę i zgromadzone wokół Jarosława księgi są jak najbardziej celowe. Oto ten człowiek z upozowanej XIX-wiecznej fotografii gabinetowej chce zostać prezydentem 40-milionowego kraju w XXI wieku. On i jego ludzie dają nam do zrozumienia, że najfajniej już było, że odczuwają silny sentyment wobec czasów dawno minionych, że oni te czasy nam przywrócą, że spełni się marzenie powszechne wielu ludzi – marzenie zamieszkania w muzeum. Znów – jak dawniej – pojedziemy furką do Zakopanego, zatrzymując się tu i ówdzie na paciorek bądź popas w karczmie. Głosuj na nas, pośpiewamy sobie rzewne pieśni ojców naszych przy okarynie i miodzie, a wrogów na pal nawleczemy. Tak będzie. Przypomnijmy sobie na chwilkę orędzia brata tego kandydata, on również pokazywał nam antyczne mapy, dając do zrozumienia, że są aktualne.

 

Teraz jest delikatniej, ale per saldo o tym samym. To pianino miesza nam w głowach. Kiedyś uznano by taką scenografię za groteskową, o czym jeszcze jakoś niedawno wiedzieliśmy wszyscy, dziś nie wiemy. Nie godzi się.

 

czwartek, 13 maja 2010
Mały elf

Czynny artysta podejmujący się czynności w polityce wiele ryzykuje, ale artysta skończony zyskuje zawsze. Przypomnijmy sobie Leszka Długosza czy Andrzeja Rosiewicza. Zapomnianych niemal w naszych obleśnych czasach. Rosiewicz śpiewając ongiś o tym, że „Uśmiechem nas przywita/Czwarta Rzeczpospolita”, i jakże przy tym pociesznie tańcując, odgruzował o sobie pamięć narodu polskiego. Teraz na politycznej scenie pojawiła się Halina Frąckowiak.

Też, podobnie jak Rosiewicz, popiera silnie Jarosława Kaczyńskiego, choć nie zauważyłem by coś a'propos mu śpiewała. Z braku rzeczy aktualnej wypada więc wyciągnąć coś z dawniejszego repertuaru pani Frąckowiak. Coś pasującego. Proszę:

Mamy zatem niezapomnianego „Małego Elfa”. To utwór wdzięczny do pobieżnego choćby omówienia.
Tylko osobnicy skrajnie zdegenerowani wiedzą, że melodia „Małego Elfa” nie jest tworem artysty polskiego (o, gdzieżby!), a motywem muzycznym przerażającego francuskiego obrazu z kategorii soft porno, czy też tzw. porno romantycznego - filmu  pt. „Emmanuelle”. Z niezapomnianą Sylwią Kristel w roli głównej.

Dużo by mówić cóż to był za film, jakąż był owiany żagwiącą legendą w PRL, jakimże i czego jest symbolem dla ludzi spotykających się teraz głównie w gabinetach urologicznych. Pfuj.
Otóż Pani Frąckowiak laureatka Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu z 1970 roku, wziąwszy oryginalną francuską melodię, a od Jacka Cygana żenujące polskie słowa, w sposób niezwykle sprośny śpiewała sobie, w połowie lat siedemdziesiątych - gdy caluśka prawica polska siedziała w lochach SB - tak oto:

Zjawił się pod wieczór przemarznięty mały elf,
mówił, że na kilka chwil...
Wkrótce minął miesiąc i kochany mały elf
w serce zapadł mi, jak nikt.

Muszę w tym miejscu przerwać i na wstępie zaznaczyć, że sensem polskiej wersji językowej, jest dźwiękonaśladownictwo słów obcych, głównie francuskich. Mały elf, ma dźwięczeć nam w uszach jako imię owej Emanueli, tej bezwstydnicy i golaski. Prócz tego nic się tu niestety specjalnie nie klei, czy raczej nie kleiło. Jest gorzej niż w podobnym utworze pt. „Ragazzo da Napoli”, śpiewanym przy ogniskach i na wycieczkach zakładowych w czasach, gdy caluśka prawica.... itd. Oto ta pieśń w wykonaniu udanym i współczesnym, jako przykład i romantyczny wtręt:

Wróciwszy tu do Frąckowiak, i do kolejnej zwrotki Elfa, słyszymy takie słowa:

Cichy, jak żak ruszył wabank,
w kółko żetem, w gwiazdach, jak Lem.
Gdzież tam bonton, zmysłów wojażer
pieścił mnie aż do szczytu marzeń
.

W świetle tej zwrotki „uśmiechająca się Czwarta Rzeczpospolita” Rosiewicza, to doprawdy kaszka z mleczkiem. Elf to zmysłów wojażer, a więc nie byle jaki z niego łobuz i figlarz. Co może znaczyć „cichy jak żak”? Bóg raczy wiedzieć. Juwenalia krakowskie pokazują, że żacy cisi na pewno nie są. Żetem jest jasne. Bonton również. Co tu robi Lem? Lem Stanisław? W gwiazdach żetem.

Pomijając pozbawioną jakiegokolwiek już sensu zwrotkę trzecią, w czwartej wchodzimy w świat kultury śródziemnomorskiej na całego, zwrotka ta budzi we mnie naturalne uczucie wstydu i niesmaku. Zwłaszcza dziś:

Wszystko, co chciał tu, u mnie miał:
i winegret i plac Pigal
i wariete, chłodne trzy czwarte
a został żal, smutne bellarte
.


Paryski Plac Pigalle w kulturze polskiej kojarzy się jednoznacznie, z fałszującym historię serialem, przez politykę historyczną zakazanym, a co najmniej niewskazanym. Plac Pigalle, nie dość, że w naszym języku pojawił się dzięki Klossowi, najpewniej agentowi Smiersz, to był i jest symbolem dymania za pieniądze. Dymania francuskiego. Elf - tak to czytam – podczas wizyty u Frąckowiak kosztował więc nie tylko winegretu szklankami, ale aury pigalaka właśnie. Tu muszę - dla upuszczenia gazów z balonu wzmożenia - zaproponować występ Billa Ramseya, łączącego udatnie – choć to jankes - niemiecki urok pieśniarski z francuską smykałką taneczną. Dalekie to od klimatu spotkania maluśkiego Elfa z Frąckowiak. To utwór prosty, jak kijek sterczący z mrowiska.


Wracamy do Frąckowiak. Niestety. Smutno się teraz zrobi, bo w najlepszym momencie tej piosenki, gdy wydaje się, że Elf pokaże po ludzku to i owo, coś w nim pęka. Zamiera i opada. Mimo otwartych drzwi i wprost wyrażonej propozycji:

Może to deszcz, może to łza
Pytasz, jak jest? Komsikomsa
Mówił, że błąd, że nudzi się,
otwarte drzwi, więc silwuple.
Wyszedł tak pod wieczór mój znudzony mały elf,
czekam, pewnie czekać chcę...
łatwo go poznacie, nie pytajcie więcej mnie:
ot, zwyczajny mały elf...


Elf opuszcza zatem demonstracyjnie lokal. Niczego się o nim nie dowiadujemy, niczego co byłoby nam bliskie i zrozumiałe. Rozświetla tę zagadkę ten wykładzik.